poniedziałek, 23 września 2013

1. "Mrożące krew w żyłach."

- Do niczego się nie nadajesz!- krzyknął i zamachnął się, lecz, nie uderzył. Szorstka, ciężka dłoń, zatrzymała się milimetry od jej delikatnej, bladej skóry. Cała drżała. Spięte do granic możliwości mięśnie, przymrużone powieki, nierównomierny, urywany oddech, rozrywający pierś i krtań, cichy, szloch. Jej szare, słone, łzy, spływały po porcelanowych policzkach, kończąc swą drogę na podbródku, z którego skapywały, wsiąkając w drewniane panele podłogi. Stała nienaturalnie wyprostowana, zaciskała piąstki na materiale, sięgającej do kolan, prostej, ciemnobrązowej spódniczki. Chowając różane usta w kremowym golfie, pociągnęła nosem, całkowicie zamykając oczy. Mężczyzna westchnął ciężko, opuszczając dłoń, którą po chwili, zatopił w swoich długich włosach.- Nie jesteś warta zachodu.- warknął lodowatym wręcz, tonem i zniknął w swoim gabinecie. Hebanowe drzwi, trzasnęły tak mocno, iż ciemno biały tynk ścian, lekko się skruszył.
- Ta...to...- wyszeptała załzawiona i piąstką schowaną w przydługim rękawie, potarła mokre policzki. Pokornie spuszczając głowę, udała się do siebie do pokoju. Cichym krokiem przemieszczała się przez, dominujące w zimnych kolorach, korytarze. Obrazy jej rodu, wisiały na czarnych, niczym niezmącona głębia, ścianach, oprawione w szczerozłote ramy. Jej długie, granatowe włosy, falowały z każdym ruchem. Poprawiła niesforny kosmyk, mijając mały stolik, na którym stał bukiet krwistoczerwonych róż, odpoczywających w porcelanowym, chińskim, wazonie. Czemu ojciec ją tak traktował? Co prawda, nigdy jej jeszcze nie tknął, ale... taka sytuacja, jak dzisiaj, była dość częstym zjawiskiem, i za każdym razem, ciężka dłoń mężczyzny, zatrzymywała się coraz bliżej jej twarzy. Zacisnęła szczękę, powstrzymując kolejne łzy. Jedynym, czym ją obdarowywał to pogarda. Tylko to odczuwała, tylko tyle dostawała. W jego oczach powinna się bardziej starać. Być o wiele bardziej ułożona, co z tego, że była najbardziej kulturalną uczennicą w szkole?! Miała mieć najlepsze oceny, co z tego, że dostawała same piątki?! Powinna go słuchać bez żadnego sprzeciwu, co z tego, że zgadzała się na internat i korepetycje podczas wakacji?! On uważał, że to za mało, że powinna starać się bardziej! Dawać z siebie sto procent! Ale przecież, nie każdy jest idealny, wzorowo ułożony. Jesteśmy, tylko ludźmi, musiał, w końcu to zrozumieć. Niestety, do niego nie docierało zupełnie nic. Spojrzała na swoje szare buty, bez obcasów, bez odkrytych palców, bez kolorowych sznurówek. Nijakie, blade, pozbawione barwności - odzwierciedlenie jej uschniętej duszy. Nie rozwinęła skrzydeł, zawsze jej je podcinano. Nie zasmakowała życia, nigdy jej na to nie pozwalano. Czując się jak niepotrzebny nikomu śmieć, zamykała się w sobie coraz bardziej. Nie potrafiono do niej dotrzeć, zrozumieć, nawet, chęci pomocy zaczęły niknąć z dnia na dzień. Odpychając ich od siebie, torowała sobie drogę ucieczki od samotności. Była nikim, w mniemaniu ojca. Była niezrozumiałą dla nikogo istotą, w swoim mniemaniu. Tak różne poglądy, myśli, zachowania, zamknięte w jednej, kruchej istotce, która mieszka z tyranem po przejściach, wyżywającym swoją agresję na niej. Ból. Rozpacz. Załamanie. Takie uczucia unosiły się w tym gęstym powietrzu, w całej posiadłości. Miłość. Nigdy jej nie odczuła, nie doświadczyła. Żałowała tego, ale przecież, nie można mieć wszystkiego. Uśmiechnęła się pod nosem, spoglądając na portret jej świętej pamięci matki, która zwykła tak mawiać.


*~*~*~*


Ostre światło jarzeniówek, oświetlało całe pomieszczenie. Odgłos skapujących z sufitu na podłogę, pojedynczych kropel wody, był niezmiernie irytujący. Cisza. Ta napięta i wnerwiająca cisza, jaka towarzyszyła tu od samego początku, dobijała. Warunki w jakich się znajdywali, nie nadawały się do niczego, niestety - nie można było liczyć na nic lepszego. Stare, podejrzliwie trzeszczące krzesła, na których siedzieli, jak na szpilkach bojąc się, iż ich, pożerane przez korniki, nogi, zarwą się. Ściany ze zgniłozielonym tynkiem, który aż przyprawiał o mdłości. Zakurzone i zaniedbane półki z książkami i encyklopediami. Akwarium z wodą niezmienianą od kilku już miesięcy. Ustawione w równych rzędach, klejące się od rosy, ławki uczniowskie, poobklejane także, zużytymi gumami o prze najróżniejszych smakach i kolorach. Dębowe, dziurawe w paru miejscach, nauczycielskie biurko, pachnące starocią i stęchlizną. Ta obszerna i znana wszystkim licealistom, sala matematyczna - to tutaj odbywało się, przymusowe kółko wyrównawcze z Matematyki. Klasa III B, jako najsłabsza w całej szkole z tegoż przedmiotu, musiała zostawać na, tak zwanych "zajęciach wieczorowych", prowadzonych przez ich wychowawcę - Kakashi'ego Hatake. Dzisiaj, jak co dzień, wybrali się tam z niemrawymi minami, jednak było coś co sprawiało, iż radowali się wchodząc do budynku szkolnego. Co takiego? Wychowawca owej klasy, widząc niechęć uczniów do kółka, i ogólnie, całego przedmiotu, postanowił zachęcić ich jakoś, tym samym sprawiając, iż stali by się bardziej aktywni i promienni na jego zajęciach. Zawsze od godziny 19:00 po skończonym kółku, uczniowie zostawali w klasie, wraz ze swoim nauczycielem. Co robili? -  spytacie. Otóż, odsuwali wszystkie ławki pod ściany, ustawiając swoje krzesełka w okrąg, na środku sali. Zasiadając w kole, gasili światła i wyciągali, zabrane z domu latarki, opowiadając sobie straszne historie. Pomysł może i był banalny, ale szybko zdobył popyt u młodzieży, która chętna zostawała w szkole, na wspólnej zabawie. Jako, że bardzo lubiono Kakashi'ego za jego pogodę ducha, nie widziano w tym żadnych przeciwskazań.
Taki wieczór z mrożącymi krew w żyłach opowieściami, odbył się także i dziś.
- No dobrze.- mruknął siwowłosy mężczyzna, odkładając kredę, i kończąc równanie matematyczne.- Kto przepisał zadanie, może się spakować. Na dzisiaj koniec.- uśmiechnął się promiennie przez swoją maskę, do znudzonych już uczniów. Chłopcy energicznie wstali, niedbale pakując swoje podręczniki i zeszyty, po czym zwinnie poodsuwali wszystkie ławki, zaczynając ustawiać krzesła. Śmiejąc się przy tym radośnie i przepychając nawzajem, dokuczali dziewczętom, które obserwowały ich poczynania. Hatake w tym czasie, usiadł przy swoim biurku, zaglądając do dziennika. Przejeżdżając palcem wskazującym po liście uczniów, zauważył pewne niezgodności.
- Czy jest Sakura?- zapytał po chwili, unosząc jedną brew w niewiedzy. Siedząca na ławce pod ścianą, blondynka z przejrzyście błękitnymi tęczówkami, postanowiła odpowiedzieć na zadane przez nauczyciela, pytanie.
- Nie ma, pewnie znów pieprzy się z jakimiś dresiarzami.- rzekła z niewinnym uśmiechem. Po jej słowach nastąpiły salwy śmiechu, najgłośniej wydawane przez męską część klasy.
- Ta! Nasza landryneczka, najpewniej znowu daje na prawo i lewo!- wykrzyknął śmiejący się na całe gardło, brązowowłosy nastolatek, o czarnych, pionowych źrenicach.
- Ino! Kiba! Ludzie... Mordy!- Kakashi, w zdenerwowaniu, uderzył dziennikiem o blat biurka. Na ten huk, wszyscy zebrani uspokoili się, natychmiast milknąc.
- Przepraszamy...- mruknął drapiący się po policzku, blondyn.
- Naruto...- westchnął nauczyciel- ...nawet nie zaczynaj... Kontynuując. - odchrząknął, długopisem zaznaczając nieobecność przy nazwisku Haruno.- A czy jest pan Uchiha?
- Który?- Kiba mierzwiąc swoje włosy, stanął przed nauczycielem z pytającym wyrazem twarzy, jednak... Nagle, w jego głowę uderzył podręczny, rozkładany wachlarz, w chińskie wzory. Ten, na oko, lekki cios, w rzeczywistość był tak potężny, iż młody Inuzuka aż pochylił się do przodu, chwiejąc we wszystkie strony świata.
- Przecież to wiadome, że chodzi o Sasuke, kretynie!- ryknęła, stojąca koło niego blondynka w czterech kucykach, która to "podarowała" mu ten potężny cios.- Itachi już dawno temu skończył liceum, bęcwale jeden!- pouczyła go, wymachując swoim nierozłącznym wachlarzem. Przerażony jej reakcją, Kiba, masując sporych rozmiarów guz, odsunął się od niej na bezpieczną odległość, by nie dostać ponownie.
- Racja, racja... Zapomniałem.- mruknął, lekko drżącym głosem, chowając się za pękających ze śmiechu, przyjaciół.
- Dziękuję, Temari...- odezwał się, obserwujący całe zajście, Kakashi, który sam przeraził się swojej uczennicy.- ...że mu to wyperswadowałaś.
- Do usług, psorze Hatake.- panna Sabaku, puściła Kakashi'emu perskie oczko, rozkładając wachlarz, po czym, jak przystało wzorowej uczennicy, grzecznie wróciła na swoje miejsce ze słodkim uśmiechem na ustach.
- T-Tak... To może, powróćmy do listy...- bąknął szarowłosy, poprawiając swój krawat.
- Lizuska.- szepnął do siebie, poobijany Inuzuka. Siedząc na ławce, nie zauważył nienawistnego spojrzenia blondynki, która go usłyszała.
- Później mu przyjebie.
 
Było już grubo po północy. Bawili się w najlepsze. Siedząc w okręgu. Świecąc sobie latarkami po oczach, opowiadali prze najróżniejsze historie, popisując się swoją wybujałą wyobraźnią. Nieświadomi niczego. Dogryzali sobie nawzajem. Pod kontrolą nauczyciela, robili sobie śmieszne kawały. Było wspaniale, ta chwila odprężenia mogłaby trwać wiecznie. Chcieli by tak było. Radość. Śmiech. Zabawa. Beztroska. Uczucia potrzebne człowiekowi w chwilach zwątpienia, lęku, samotności. Czując zrozumienie i wzajemność - ufali sobie.
Ale czy zaufanie oparte na radosnych chwilach, jest cenniejsze od przekonania się na własnej skórze, że nie ważne co, ktoś zawsze będzie mnie szukał?


*~*~*~*
 
 
Stała i patrzyła. Nie była w stanie zrobić nic więcej. Spięte do granic możliwości mięśnie, odmówiły jej posłuszeństwa. Alkohol buzujący w żyłach, uderzył do głowy, przyprawiając o mroczki przed oczami. Jej serce dosłownie, zadrżało z tak wielkiej dawki tylu emocji naraz. Szok. Strach. Niedowierzanie. Przerażenie. Panika. Pustka. Szaleństwo. Rozpacz. To wszystko mieszało się ze sobą tworząc istny horror. Jednak to co stało przed nią, było o wiele gorsze od jakiegokolwiek horroru. Odwróciła go do siebie twarzą - teraz uznała, iż był to największy błąd jaki popełniła w swoim życiu.
Jego zgniłozielona skóra...
Puste, wyblakłe ślepia...
Pożółkłe, zakrwawione zęby...
Powyrywane, śmierdzące włosy...
Skowyt wydobywający się z popękanych i pogryzionych warg...
Przeżuwana w szczęce, właśnie w tej chwili, ludzka dłoń...
Wystające, połamane kości.
Nerwy.
Żyły.
Rozerwany naskórek...
Nieliczne kawałki ubrudzonych w piachu, paznokci...
Drżącymi jak nigdy dłońmi, dotknęła swoich bladych niczym ściana, policzków. Nieprzyjemne fale gorąca rozlały się po jej organizmie, dosłownie parząc narządy wewnętrzne. Zimne krople potu spływające po karku, mieszały się z rozgrzanym do czerwoności, ciałem. Nadnaturalnie rozszerzone źrenice, które prawie całkowicie zakryły piwne tęczówki kobiety. Nabrała spazmatycznie  powietrza do płuc. Nie odrywała przerażonego spojrzenia z... tego co miała przed sobą.
Nagle...
Poruszył się w jej stronę. Zrobił minimalny krok w przód. Z jego zapchanej przeżuwaną ludzką dłonią, krtani, wydobył się cichy, stłumiony jęk. Tyle wystarczyło. Tylko tyle.
Podniosła kamień z drogi. Zamachnęła się. I mocnym uderzeniem trafiła go w czaszkę. Szkarłatna posoka trysnęła z głowy mężczyzny, brudząc swym kolorem, kilka metrów chodnika. Z donośnym hukiem, upadając na ziemię, rozbił swoje czoło o kamienną ścieżkę. A szkarłat krwi, zalał prawie całą długość drogi. Zacisnęła powieki, ukrywając szklane od łez strachu, oczy. Wyrzuciła przedmiot krzywdy za siebie. Spojrzała na ciało. Sztywne. Śmierdzące. Martwe. Zrobiła w tył zwrot. Zakryła usta, ubrudzonymi w posoce krwi, dłońmi. Spojrzała na wychylający się zza chmur, Księżyc.
Uciekła.
A echo odgłosu jej szpilek, było jedynym dowodem na to, iż jeszcze przed chwilą tu stała.
 
 
*~*~*~*
 
 
Wiem. Jestem nienormalna, pojebana, masochistyczna i sadystyczna. q.q
Kocham to. ♥
Dziękuję za uwagę.
@.@